Kraków.
To miasto od zawsze jest dla mnie magiczne. Wcześniej pociągało mnie swoim romantycznym listopadowym spleenem, bo to właśnie w listopadzie przyjeżdżałam tu przez lata. Spacer po Plantach był brodzeniem w kolorowych liściach klonów, krótki dzień często bywał słoneczny, a jeśli padało, to na Brackiej.
Jestem z Poznania, choć wczesne dzieciństwo spędziłam w małym mieście, w domu z ogrodem. Po przeprowadzce rodziny do dużego nie ustawałam w poszukiwaniu kontaktu z ziemią, drzewami, za moim blokiem jeszcze rosło zboże. Szło się z kocem i książką od wczesnej wiosny na Cytadelę, do ogromnego parku miejskiego. Tam były wagary wiosenne i jesienne spacery, aż do cmentarza listopadowego włącznie.
Teraz lubię miasta, ale wyludnione. Obywatele z czasem zniknęli, wraz ze wzrostem zamożności przeniknęli do samochodów i pomykają na przedmieścia, na swoje działki.
Niedzielny poranek, to był mój ulubiony czas na spacery, wyjątkowy, świeżo umyte ulice, wilgotne platany dające jedyny w swoim rodzaju zapach i nastrój sal muzealnych w Narodowym. Było w nim kilka obrazów paryskich impresjonistów, które zapadały w serce.
Przyszedł czas, kiedy sama poznałam Paryż, Berlin, Barcelonę, Londyn. Ich krajobraz był różny, ale ludzie krążyli wszędzie tak samo. Krążyło też i wirowało powietrze.
W końcu i u nas się zmieniło.
Od czasu kiedy zaczęli zjeżdżać turyści, towarzystwo uliczne nieco się zmieniło.
Widać inne twarze i słychać inne języki. Zadarte głowy i ciekawe spojrzenia. Energia miast się zmieniła.
W Krakowie może nawet ciut za bardzo.Weekend trochę męczy, ale tylko trochę. Mam sposób na miejski hałas, zakładam duże słuchawki i chodzę z muzyką w głowie.
Dzięki temu inne zmysły mają szansę.
I teraz wiem, że jest jeszcze inny dobry czas na odwiedzanie tego miasta, mianowicie maj. Przerobiłam nawet na własny użytek piosenkę "Jak przygoda to tylko w ... Krakowie w Krakowie, a jak Kraków to w maju gdy kwitną bzy.A jak tańczyć to tylko walczyka w Krakowie, a jak tańczyć to z panem takim jak ty". Sorry Warszawo.
Bo tutaj, w samym środku miasta jest mnóstwo kwitnących drzew, nie tylko na Plantach, ale pomiędzy kamienicami są skwery, a i pojedyncze drzewa wciskają się i ciągną soki spod betonu. Akacje pachną słodko, czarny bez na Plantach miesza się z bzem lilakiem, konwalie z narcyzami. No i wczoraj, na płycie rynku doszedł mnie zapach końskiego nawozu. Uśmiechnęłam się mimowolnie i zamyśliłam, bo nie wzbudził mojej niechęci. Chyba nawet wręcz przeciwnie.
Wczesne dzieciństwo, kiedy dziadek, miłośnik koni, sadzał mnie przed sobą na siodle, musiało mocno wdrukować ten zapach.
Kiedy to odkryłam, zaczęłam baczniej zwracać uwagę na zapachy, więcej, zaczęłam je kolekcjonować. Poszłam do manufaktury czekolady po zapach trufli, potem na pierogi po zapach ruskich i na gruzińskie wino, które tez pachnie inaczej niż inne.
Na szczęście mieszkam nad samą Wisłą i chociaż przechodzę kilka razy dziennie przez most z mnóstwem samochodów, nie dochodzi mnie odór asfaltu i spalin, bo wiatr szybko go zabiera.
To miasto ma atmosferę, którą każdy musi odkryć dla siebie.
Nie należy zjawiać się wtedy kiedy smog i turyści dają się we znaki, tylko wybierać właśnie czas kwitnienia
.
Jesienią tu wrócę. Jestem uzależniona od zapachu teatru, jazzu i oczywiście galicyjskiego sernika. Ale tu już dochodzi inny zmysł.
To miasto od zawsze jest dla mnie magiczne. Wcześniej pociągało mnie swoim romantycznym listopadowym spleenem, bo to właśnie w listopadzie przyjeżdżałam tu przez lata. Spacer po Plantach był brodzeniem w kolorowych liściach klonów, krótki dzień często bywał słoneczny, a jeśli padało, to na Brackiej.
Jestem z Poznania, choć wczesne dzieciństwo spędziłam w małym mieście, w domu z ogrodem. Po przeprowadzce rodziny do dużego nie ustawałam w poszukiwaniu kontaktu z ziemią, drzewami, za moim blokiem jeszcze rosło zboże. Szło się z kocem i książką od wczesnej wiosny na Cytadelę, do ogromnego parku miejskiego. Tam były wagary wiosenne i jesienne spacery, aż do cmentarza listopadowego włącznie.
Teraz lubię miasta, ale wyludnione. Obywatele z czasem zniknęli, wraz ze wzrostem zamożności przeniknęli do samochodów i pomykają na przedmieścia, na swoje działki.
Niedzielny poranek, to był mój ulubiony czas na spacery, wyjątkowy, świeżo umyte ulice, wilgotne platany dające jedyny w swoim rodzaju zapach i nastrój sal muzealnych w Narodowym. Było w nim kilka obrazów paryskich impresjonistów, które zapadały w serce.
Przyszedł czas, kiedy sama poznałam Paryż, Berlin, Barcelonę, Londyn. Ich krajobraz był różny, ale ludzie krążyli wszędzie tak samo. Krążyło też i wirowało powietrze.
W końcu i u nas się zmieniło.
Od czasu kiedy zaczęli zjeżdżać turyści, towarzystwo uliczne nieco się zmieniło.
Widać inne twarze i słychać inne języki. Zadarte głowy i ciekawe spojrzenia. Energia miast się zmieniła.
W Krakowie może nawet ciut za bardzo.Weekend trochę męczy, ale tylko trochę. Mam sposób na miejski hałas, zakładam duże słuchawki i chodzę z muzyką w głowie.
Dzięki temu inne zmysły mają szansę.
I teraz wiem, że jest jeszcze inny dobry czas na odwiedzanie tego miasta, mianowicie maj. Przerobiłam nawet na własny użytek piosenkę "Jak przygoda to tylko w ... Krakowie w Krakowie, a jak Kraków to w maju gdy kwitną bzy.A jak tańczyć to tylko walczyka w Krakowie, a jak tańczyć to z panem takim jak ty". Sorry Warszawo.
Bo tutaj, w samym środku miasta jest mnóstwo kwitnących drzew, nie tylko na Plantach, ale pomiędzy kamienicami są skwery, a i pojedyncze drzewa wciskają się i ciągną soki spod betonu. Akacje pachną słodko, czarny bez na Plantach miesza się z bzem lilakiem, konwalie z narcyzami. No i wczoraj, na płycie rynku doszedł mnie zapach końskiego nawozu. Uśmiechnęłam się mimowolnie i zamyśliłam, bo nie wzbudził mojej niechęci. Chyba nawet wręcz przeciwnie.
Wczesne dzieciństwo, kiedy dziadek, miłośnik koni, sadzał mnie przed sobą na siodle, musiało mocno wdrukować ten zapach.
Kiedy to odkryłam, zaczęłam baczniej zwracać uwagę na zapachy, więcej, zaczęłam je kolekcjonować. Poszłam do manufaktury czekolady po zapach trufli, potem na pierogi po zapach ruskich i na gruzińskie wino, które tez pachnie inaczej niż inne.
Na szczęście mieszkam nad samą Wisłą i chociaż przechodzę kilka razy dziennie przez most z mnóstwem samochodów, nie dochodzi mnie odór asfaltu i spalin, bo wiatr szybko go zabiera.
To miasto ma atmosferę, którą każdy musi odkryć dla siebie.
Nie należy zjawiać się wtedy kiedy smog i turyści dają się we znaki, tylko wybierać właśnie czas kwitnienia
.
Jesienią tu wrócę. Jestem uzależniona od zapachu teatru, jazzu i oczywiście galicyjskiego sernika. Ale tu już dochodzi inny zmysł.
A to już materiał na inną okazję do zwierzeń.